To jest przygoda dzieci, a nie rodziców- Rozmowa z Markiem Waszczukiem cz.2

To jest przygoda dzieci, a nie rodziców- Rozmowa z Markiem Waszczukiem cz.2

Dziś publikujemy drugą z trzech części rozmowy Andrzeja Minkiewicza i Marka Waszczuka –  “Zrobić coś więcej, niż przepracować życie”.

 

AM: Jak wyglądały pierwsze kolonie dla dzieci i młodzieży ?

MW: Od 2011 roku poświęciłem się tylko żeglarstwu.
Bo trzeba powiedzieć, że do 2010 roku zawodowo zajmowałem się zupełnie czym innym, ale przyszedł kryzys i zapaść na rynku.
I wtedy Kasia, moja żona, która zawsze stała po mojej stronie i wspierała mnie, podsunęła mi pomysł szkoleń żeglarskich.
Od tego się zaczęła moja zawodowa przygoda z żeglarstwem…
Zacząłem organizować kursy, szkolenia żeglarskie i motorowodne na Zalewie Zegrzyńskim koło Warszawy.
Sporo znajomych, którzy mieli dzieci pytało o kolonie żeglarskie dla 8-10 latków, ale ja opierałem się przed tym tematem przez kilka lat.

Sporo znajomych, którzy mieli dzieci pytało o kolonie żeglarskie dla 8-10 latków, ale ja opierałem się przed tym tematem przez kilka lat. To było kompletnie coś innego, wydawało się trudne do rozruszania. Nie czułem tego, a tak naprawdę, po prostu chyba się bałem.

Jednocześnie cały czas miałem w głowie swoje żeglarskie przygody z okresu dzieciństwa. Zresztą każdy, kto bywał na obozach żeglarskich doskonale pamięta te przeżycia. W życiu człowieka zwykle to jest okres bardzo ekscytujący. Przeżywa się pierwsze prawdziwe przygody, pierwsze miłości i rozczarowania. 

Program żeglarskiej przygody dla dzieci zaczęliśmy tworzyć w 2014 roku. I to jest naprawdę bardzo trudny temat.  Pierwsze półkolonie dla dzieci na Zegrzu pamiętam jak dziś. Zabrałem swoją córkę, córkę sąsiada z bloku, ktoś ze znajomych zapisał swoje dziecko. Martwiłem się, jak ta biedna trójka dzieci ma się bawić na półkoloniach ? Do fajnej wspólnej zabawy powinno być ich trochę więcej. No ale woziłem ich busem nad zalew z Warszawy, pływaliśmy ribem po jeziorze, wymyślaliśmy różne aktywności, żeby się fajnie bawiły.

Z czasem to zaczęło pączkować.  Znajomi powiedzieli swoim znajomym, i kolejna grupa to było już 20 dzieciaków.  Już było weselej, można pływać na dwie łódki, popłynąć na wyspę, zorganizować jakąś przygodę. No i tak urosło, że teraz na każdym turnusie pięciodniowym  na półkoloniach mamy po trzysta dzieciaków.

Dziś, z perspektywy czasu mógłbym powiedzieć, że szybko poszło. Ale tak nie było. To była bardzo wielka niewiadoma, wymagająca dużych nakładów pracy, zaangażowania, bez gwarancji że się uda.

AM: Czy był jakiś moment przełomowy ?

MW: Chyba nie.  Każdego kolejnego roku w naturalny sposób przybywało dzieciaków. Większa liczba  dzieci dawała więcej możliwości. Robiliśmy szereg imprez na Zegrzu, które dawały im mnóstwo wspaniałych emocji.  Na naszym pomoście otoczonym łódkami włączaliśmy głośnik i uczyliśmy się szant. Potem robiliśmy np. zbiórkę wszystkich łódek na środku jeziora, łączyliśmy je i śpiewaliśmy „Gdzie ta keja”. Wszyscy na jachtach śpiewali, tańczyli, była super impreza. Robiliśmy chrzest na żeglarza w formie wielkiego wydarzenia. Dzieci lubią być w grupie i nie mogą się nudzić.

 

 

AM: Powracała myśl o Mazurach ?

MW: Chciałem tam powrócić, ale bez stałej bazy, takiego miejsca zaczepienia było po prostu ciężko. Mieliśmy jedną łódkę, która stała w porcie w Giżycku. Postanowiłem więc, że zorganizujemy wędrowne obozy żeglarskie dla 12-14-latków. Na pierwszy rejs zebrała się szóstka, czy siódemka dzieci. Zapakowaliśmy je w Warszawie do małego busa, te kilkoro dzieciaków, a rodzice pytają, czy to wszyscy uczestnicy ? A na kolejny turnus zapisało się tylko jedno dziecko. Pomógł wtedy Alek Turowicz z biura Kliwer i ten chłopak pojechał z nimi na obóz.

Potrzebny był naturalny, stabilny rozwój który dał nam czas na poukładanie wszystkich rzeczy. Mamy teraz bazę w Rynie u Michała Szatanka  gdzie robimy kolonie, mamy swoje jachty, wspaniałą kadrę, która zapewnia dzieciakom przygody. Dzieci trafiają do nas na półkolonie, później  chcą jechać na kolonie. Gdy wyrastają z kolonii jadą na obozy.  Zostają z nami przez kilka kolejnych lat.

 

 

AM: Czym się wyróżniacie ?

MW: Na Mazurach są firmy, które od lat organizują obozy dla dzieci: Róża Wiatrów, Skipper, Bocianie Gniazdo. Dlatego zawsze powtarzałem swoim ludziom, że jeśli chcemy wejść w to miejsce, zdobyć klientów, to musimy zrobić  coś specjalnego. Coś innego niż tylko pływanie od portu do portu. Dla uczestników to musi być prawdziwa przygoda.

Pomyślałem o grze terenowej na jachtach, która trwa cały tydzień. Tak powstała nasza „Gra o sztorm”.  Na podstawie tej gry wciąż funkcjonujemy. Np. dopływamy do Mamerek, w nocy zakładamy czołówki, idziemy w  jakieś tajemnicze miejsce, gdzie jest ukryty skarb. Oczywiście z czasem ona ewoluowała, ma różne scenariusze, trasy, inne skarby  których szukamy. Dzieciaki, które z nami jeżdżą na obozy bardzo to lubią i długo potem pamiętają.  Jak widzisz, wciąż siedzi we mnie ten Tomek Sawyer, czy Pan Samochodzik.

 

AM: Kto jest bardziej zadowolony, dziecko czy rodzic ?

MW: Nas interesują dzieci. To one przeżywają przygody, które przygotowujemy. To one będą rosnąć i potem wspominać. Może kiedyś ich życiowe wybory będą się kształtować w oparciu o te właśnie przygody.

Natomiast rodzice podejmują decyzję, wpłacają pieniądze, wysyłają dzieci lub nie. Myślę że i jedni i drudzy są zadowoleni w podobnym stopniu. Dzieci chcą się bawić, płynąć, a rodzice chcą, żeby dzieci robiły fajne rzeczy. Żeglarstwo w tym kontekście jest dobrze postrzegane, można się nawet chwalić. Dla niektórych rodziców to też jest ważne i też się cieszą. Ale trudno mi powiedzieć kto bardziej ;).

 

AM: Kto to wszystko robi ?

MW: Obecnie jest nas naprawdę duża ekipa. W sezonie pracuje z nami 250 osób. Większość z nich to wspaniali ludzie, którzy dają coś więcej, niż tylko po prostu pracę. Jeżeli jedziesz do mechanika wymienić opony w aucie, to nie szukasz w nim pasji, chcesz tylko, żeby to było dobrze zrobione. W żeglarstwie naprawdę potrzebujesz ludzi z pasją. Oni przede wszystkim  muszą zapewnić bezpieczeństwo dzieciom, ale powinni tą przygodę czuć i dzielić  się nią w fajny sposób.  I to jest cholernie ważne przy pracy z dziećmi.

 

AM: Chodzi tylko o przygodę, czy może dajecie im coś więcej ?

MW: Bardzo chciałbym, żeby tak było, bo wiem, ile mi dało żeglarstwo. Podziwiam takich ludzi jak kapitan Krzysztof  Baranowski, czy inni kapitanowie żaglowców, którzy dużą wagę przykładają np. do etykiety, czy tych wartości, które są kojarzone z życiem na pokładzie. Wierzę, że takie inicjatywy jak „Szkoła pod żaglami” są doskonałym miejscem, żeby chłopcy stawali się mężczyznami, a dziewczyny kobietami.  Ważna jest tam odpowiedzialność , komunikacja, współpraca w grupie, łączenie obowiązków. Kwintesencja umiejętności i cech, których młodym ludziom dziś najbardziej brakuje.

Chciałbym żebyśmy jako Sztorm Grupa, w miarę możliwości przekazywali podobne wartości młodym ludziom, szczególnie w tym bardzo trudnym obecnym świecie. Zawsze są jakieś trudne czasy, ale te wydają mi się szczególnie trudne.  Wszyscy jesteśmy niewolnikami mediów, telefonów, Instagrama, YouTube. Sam jestem przesycony i przygnieciony światem kreowanym przez te narzędzia. Uważam, że dużo ciekawszym jest coś co nie jest idealne, ładne, ale jest prawdziwe.  Wierzę, że żeglarska pasja prowadzi do kształtowania innych wartości, niż te które promuje Tik Tok.

 

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars (1 -liczba głosów, ocena: 5,00 z 5)
Loading...