Gra terenowa podczas rejsu żeglarskiego? Relacja Marty z obozu na Mazurach

Gra terenowa podczas rejsu żeglarskiego? Relacja Marty z obozu na Mazurach

Zapraszamy do przeczytania relacji z obozu Marty – uczestniczki obozu żeglarskiego GRA O SZTORM.

 

Chciałabym, byśmy na początek wyjaśnili sobie jedno. Nie lubię rywalizacji. Wygrywanie jest spoko, ale cały stres z tym związany chyba nie jest tego wart.

Zresztą, chyba każdy uczeń jest w stanie się zgodzić, że w szkole jest wystarczająco dużo rywalizacji; o wszystko, o uwagę nauczyciela, najwyższe oceny albo nawet największą ilość nieobecności (nieskromnie przyznam, że jestem czempionem w ostatniej dziedzinie).

Po 10 miesiącach, ma się zwyczajnie i po ludzku, dość.

Więc skąd, ja pytam grzecznie, pomysł na rywalizację w trakcie wakacji? Na dodatek w formie gry terenowej? Nie, ja wysiadam… biorę walizki i będę kimać w kanciapie bosmana, nie. Ma. Mowy.

Pojechałam na Mazury wychillować!

Chyba nie muszę tłumaczyć, że nie byłam fanką tego pomysłu. Ja tu, na obóz teoretycznie wędrowny, przyjechałam się wychillować. Właśnie dostałam się do liceum, zerwałam z chłopakiem, ja za taką atrakcję podziękuję.

Oto zasady gry – przez następny turnus będziecie codziennie rozwiązywać zadania, główne ale i też poboczne, będziecie za nie punktowani, a na koniec drużyna z większą ilością punktów dostaje nagrodę w postaci uścisku dłoni prezesa.

Nie miałam najmniejszego zamiaru grać, byłam pewna, że będzie beznadziejnie, nudno i irytująco.

Pierwszy dzień zdawał się tylko potwierdzać moje wyobrażenia. Pierwszym zadaniem, jeszcze w naszym porcie ‘bazie’ było odnalezienie Sztorm Skrzynki. W środku złoto, brylanty i piątki z matmy. Moja drużyna, pomimo usilnych starań (z mojej strony też, obiecuję!) przez bardzo długi czas nie mogła znaleźć naszego skarbu, snułam się jedynie za umownym liderem jak chmura burzowa.

Naturalnie, wyżaliłam się mamie. A ona, bo jest dorosła i nic nie rozumie, w ogóle mnie nie poparła. Na drugi dzień było już planowane wypłynięcie i cumowanie na dziko, co dosyć mnie ucieszyło. Cieniem tego jednak była, oczywiście, ta gra… która zrobiła się trochę ciekawsza.

 

 

Co się kryło za tajemniczą GRĄ O SZTORM?

Widzicie, w skrzynce było sporo różnych drobiazgów – mapa, markery, kompas, tego rodzaju rzeczy, oraz telefon. Tylko nie normalny, co to to nie. Taki telefon cegiełka, co połowa z nas na oczy nie widziała, a pozostała połowa nie była pewna, czy w ogóle umie się nim posługiwać.

Pierwsze zadanie wręczył nam sternik – była to koperta. W środku, zagadka na logikę. No to koniec, pomyślałam. Tu trzeba myśleć. A u mnie z tym to właśnie tak niekoniecznie.
Jednak, zadanie okazało się bardzo ciekawe. Uwinęliśmy się dosyć szybko – połowę czasu spędziliśmy na burzę mózgów i debatę, a drugą – na rozpracowanie pisania smsa na telefonie z klawiaturką. Odważnie zgłosiłam się na ochotnika do pisania – z drobnymi literówkami, ale udało się wysłać odpowiedź. W ogóle, muszę powiedzieć, że sporo zabawy było z tym telefonem. Jak sternik nie patrzył, próbowaliśmy dzwonić pod numer, do którego wysyłaliśmy odpowiedzi, oraz do paru innych… ciekawych miejsc. Graliśmy też w węża i był pomysł na zagranie go w trakcie pływania wpław, niestety tym razem udaremnił nasze zamiary.

Pod kątem planu dni wyglądały bowiem dość podobnie do siebie. Pływaliśmy, gadaliśmy, graliśmy w ‘Tabu’ oraz ‘Mafię’, oglądaliśmy horrory i robiliśmy zupki chińskie, a o ustalonej godzinie dostawaliśmy zadania – najczęściej dotyczyły one wyjścia w teren (nikt się nie domyślił, w końcu to gra terenowa). Szukaliśmy konkretnego budynku w malutkiej mieścinie, fotografowaliśmy zabytki i charakterystyczne punkty dla miasta w którym byliśmy, oraz księżniczkę.

Księżniczka na Mazurach? W XXI wieku?

No właśnie, widzicie, każda przygotowana gra miała swój motyw. Nasz był związany z misją dla Jej Królewskiej Wysokości – księżniczkę mieliśmy oprowadzić po Mikołajkach i robić jej zdjęcia, samemu również szukając ciekawych zakątków (znalazłam wtedy taką dobrą kawiarnie z świetną gorącą czekoladą!).

Z paroma zadaniami naprawdę był niezły ubaw. Raz mieliśmy do przejścia trasę do wyznaczonego punktu, wyruszyliśmy z zapałem i po około dwóch kilometrach przedzierania się przez chaszcze okazało się, że idziemy w złą stronę (znaczy, miałam szansę pogadać dość długo z chłopakiem który mi się podobał, więc… no. Fajne zadanie). Albo jak mieliśmy przebrać się i ustawić tak, żeby wyglądało jakbyśmy strzegli Sztorm Skrzynki. Druga grupa przebrała się za jakieś plemię, paradowała w strojach kąpielowych i z wzorami wojennymi na twarzach, my za to trzymaliśmy się bliżej domu – jako prawowici Słowianie, wbiliśmy się w dresy z Adidasa, w sandały i skarpetki i robiliśmy słowiański przykuć całą sesję zdjęciową, grożąc niewidzialnemu przeciwnikowi pagajem. Chyba nie muszę dodawać, była z tym kupa śmiechu 🙂

Finalnie, na koniec turnusu wróciliśmy do naszego portu ‘bazy’ i podliczyliśmy punkty – weehee! Moja drużyna wygrała! (ledwo, ale wygrała). Na ognisku wieńczącym koniec obozu nasze imiona zostały uroczyście wyczytane, i prócz obiecanego uścisku dłoni prezesa dostaliśmy jeszcze Sztorm Scyzoryki. Dotąd swój noszę w plecaku (przydaje się… przy różnych okazjach).

Nie byłam przekonana, ale naprawdę się opłacało i nawet nie musiałam tak bardzo myśleć ani też rywalizować. To była po prostu zabawa, i tyle, trochę kreatywniejszy pomysł na spędzenie czasu niż Netflix.

Podobało mi się? Tak. Czy zrobiłabym to znowu? Tak! By wygrać, oczywiście.

Ktoś chętny?

Marta, uczestniczka obozu GRA O SZTORM 2018

 

SPRAWDŹ DOSTĘPNE TERMINY >>

OBÓZ ŻEGLARSKI  ” GRA O SZTORM” 7 DNI

OBÓZ ŻEGLARSKI “GRA O SZTORM” 14 DNI

 

1 Star2 Stars3 Stars4 Stars5 Stars Oceń artykuł
Loading...
Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *