SantaPatrzysz w prawo – woda. Patrzysz w lewo – woda. Do tyłu – woda. Do przodu – to samo. Pomyśleć, że jeszcze parę miesięcy temu nie mogłem nacieszyć oczu tym widokiem. Dziś, 24 grudnia, chce mi się rzygać od tego, choć nie jestem chory, ani nigdy nie chorowałem na chorobę morską.

Szczęście, że wiatr od paru tygodni był łagodny, w porywach – rzadkich zresztą – nie przekraczał 5 stopni w skali Beauforta, fale kołysały spokojnie. Dało się żyć pod pokładem.Bo wyobrażasz sobie nie móc zrobić porannej, ulubionej kawy? Ja też sobie nie wyobrażałem, do czasu gdy razem z przyjacielem, którego znam odkąd sięga moja pamięć, wpadliśmy na pomysł okrążenia świata na jachcie. Usiadłem na burcie i zapatrzyłem się w jakiś nieistniejący punkt; oczyma wyobraźni widziałem moją matkę, ciotkę i babkę, jak sprzeczając się o wybór obrusu na stół wigilijny mieszają w garach. Aż ciepło mi się na sercu zrobiło. Albo, jak moja mała siostra orbituje wokół mnie i zasypuje pytaniami – Adrian, kiedy będzie Mikołaj? Adrian, co jest w tej misce? Adi, co dostaniesz na święta? Byłeś grzeczny?

Przeszedłem się po naszej łajbie – Marco Polo II – i sprawdziłem po raz kolejny tego wieczora czy wszystko jest sklarowane jak należy. Bardzo rutynowe zajęcie i nudne do tego, ale nic innego nie miałem do roboty. Dzisiaj była kolej Łukasza na obiad i porządek pod pokładem, a ja sterowałem i sprzątałem na pokładzie. Laminat lśnił, niemal widziałem w nim własną opaloną twarz, wszelkie krawaty równo przywiązane, fały i szoty poukładane że mucha nie siada, nawet wypolerowałem kotwicę i poukładałem rzeczy w schowkach pod siedzeniami. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem taki porządny… albo tak bardzo mi się nudziło. Spodziewałem się przygody życia, ale tego raczej nie wpisałbym do Księgi Przygód. Który to raz, gdy rzeczywistość tak boleśnie odstaje od marzeń?

Do czorta, wzięło mi się za jakieś filozoficzne dyrdymały! Jak morze zmienia ludzi, przerażające! Chyba jeszcze gorsze było to, że Łukasz zabarykadował się na dole i za żadne skarby świata mnie nie wpuszczał. Na nic się zdały prośby, groźby, błagania, ani pełny pęcherz. Burczało mi w brzuchu, bolały plecy, byłem wściekły. Niech ja go tylko dostanę, pożałuje, że się urodził.Siedząc skulony usłyszałem, jak otwiera właz. Nie wierząc, popatrzyłem na uśmiechniętą twarz kumpla.
– Choć, Adrian!
Dwa razy nie trzeba było mi tego mówić. Zerwałem się i przecisnąłem na dół, a zapach, jaki mnie powitał sprawił, że wszystkie smutki świata gdzieś zniknęły. Na rozkładanym stoliku po środku leżał biały kawał materiału, w którym rozpoznałem chustę od jego dziewczyny, a na niej stało kilka potraw. Wiedziałem, że dobrze gotował, ale aż tak? Po zapachu rozpoznałem, że parę dań było zakupionych w sklepie jeszcze przed rejsem, jak barszcz w dzbanku albo moje ulubione śledzie.
– Ale… jak?!
– Pomyślałem o tym wcześniej i trzymałem skrzynkę ze składnikami z dala od ciebie. I tak cud, że się udało.
– Nie do wiary – pokręciłem głową.
– Prawda? No, ale ja też nie jadłem.
-To co? – Łukasz był tradycjonalistą; obowiązkowo podzieliliśmy się chlebem imitującym opłatek… przecież w sumie pierwszym opłatkiem był chleb. Zjedliśmy tę dosyć prowizoryczną Wigilię, niewiele zostało na później, ale jeszcze o tym nie myśleliśmy. Zadzwoniliśmy do rodzin – szczerze mówiąc popłakałem się, gdy Laura zadała mi pytanie, czy na morze przychodzi Święty Mikołaj. 
Potem odmówiliśmy razem modlitwę i – choć było to jeszcze większym cudem, niż to całe żarcie – Łukasz namówił mnie do odśpiewania kolędy.

 

 

A Ty? Jak spędzisz święta?

ŹleSłaboDobrzeBardzo dobrzeSuper! (No Ratings Yet)
Loading...